W szpitalu…
-Jak to się stało? – zapytała Pani Patricia, która przyjechała wraz z Leo pół po tym, jak przywieźli Dana do szpitala. Bardzo bała się o syna i krążyła po szpitalnym korytarzu. Ja i Leo opieraliśmy się plecami o ścianę. Ja przyjechałam karetką razem z Danielem, więc mniej więcej wiedziałam, w jakim jest stanie. Co nie zmienia faktu, że też się o niego martwiłam. Po prostu nie chciałam jeszcze bardziej straszyć jego mamy.
-Przechodził przez ulicę. Nie zauważył samochodu, no i…
-Trach. – dokończył za mnie Leo. Myślałam, że go wzrokiem zabiję. Przecież nie mogłam powiedzieć, że stał sobie na środku ulicy i praktycznie czekał na ten samochód. Tylko dlaczego to zrobił?
Nagle wyszedł lekarz, a my go, dosłownie, dopadliśmy i zasypaliśmy pytaniami.
-Stan Pana Daniela jest stabilny. Co prawda wypadek był dość groźny, ale jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
-Czy możemy do niego wejść? – popatrzył po nas wszystkich.
-Tylko jedna osoba. – powiedział i odszedł. Wspólnie uzgodniliśmy, że będzie to Pani Patricia. Gdyby się obudził, bardziej ucieszy się na jej widok, niż na zobaczenie przy swoim łóżku mnie. Tak więc siedziałam z Leo na korytarzu i czekaliśmy na powrót mamy chłopaków. Milczeliśmy. W końcu blondyn tę ciszę przerwał.
-Zamierzasz już nigdy się do mnie nie odezwać? – spojrzałam na niego ze złością i zarazem politowaniem w oczach. Czego on oczekuje? To przez niego Danny miał wypadek. To przez niego mój narzeczony nie chce mnie widzieć. I co? Może mam mu się rzucić na szyję? Mogę się na niego rzucić, ale z pięściami i wykrzyczeć, jak bardzo go nienawidzę.
-To wszystko stało się przez Ciebie. Mamy rozmawiać, jakbyśmy się lubili? – prychnęłam.
-A nie lubimy się? – poruszał brwiami i przysunął się do mnie. Automatycznie przesunęłam się dwa krzesła dalej.
-Jeszcze Ci mało? Twój brat leży nieprzytomny w szpitalu. Przez CIEBIE. A Ty dalej dobierasz się do jego NARZECZONEJ. Nie wstyd Ci?
-To Twoja wina.
-Co proszę?! – podniosłam głos. –To nie ja…
-Gdybyś nie była tak zajebiście śliczna, nie próbowałbym Cię pocałować. – otworzyłam szerzej oczy i usta ze zdziwienia. Po chwili jednak doszłam do siebie.
-To nie jest ważne. Choćbym była Miss Świata, nie możesz mnie całować, przytulać, do…
-A kochać mogę? – powiedzcie, że się przesłyszałam. Błagam…
-Nie, nie możesz. Jestem narzeczoną Twojego brata. To jest…
-Zakazany owoc? – przerwał mi. –Nie wiesz, że zakazany owoc smakuje najlepiej? – znów się do mnie przysunął.
-Leo, proszę. Zrób to dla Dana i zostaw mnie. – westchnął, ale wrócił na swoje miejsce. Chyba wreszcie coś do niego dotarło. Po chwili z sali Daniela wyszła Pani Patricia. Cała zapłakana. Zerwałam się na równe nogi i podeszłam do niej, pytając: -Co się stało? Jego stan się pogorszył?
-Nie, nie. Tylko jest taki biedny. Poobijany. I cały czas śpi. – przytuliłam ją.
-Będzie dobrze. – kobieta uśmiechnęła się delikatnie.
-Idź do niego. On Cię potrzebuje. – spojrzałam na drzwi jego sali z pewną obawą. Przecież jeśli się obudzi mnie zobaczy, to się zdenerwuje. Mimo wszystko postanowiłam wejść. Wyglądał tak niewinnie. Ciekawe, czy coś mu się śni? Usiadłam na krześle koło łóżka blondyna i chwyciłam jego dłoń. Była zimna, jak nigdy.
-No i coś Ty zrobił, co? Chciałeś mnie zostawić? Nie pozwalam, słyszysz? Potrzebuję Cię. Nigdy nikogo tak nie kochałam, jak Ciebie i nie zdradziłam Cię. Nie całowałam się z Leo. Przysięgam. Pewnie mnie teraz nawet nie słyszysz, a ja wyglądam, jakbym gadała do siebie, ale trudno. Tonący brzytwy się chwyta, nie? Zrobię wszystko, żebyś mi uwierzył. Nie mogę Cię stracić, bo tego nie przeżyję. Kocham Cię, głupku… - ostatnie słowa już wyszeptałam, a po moim policzku leniwie potoczyła się samotna łza.
U chłopaka siedziałam jeszcze jakieś pół godziny. Potem wszyscy wróciliśmy do domu mojej przyszłej teściowej. Mam nadzieję, że jednak nią będzie…
Kilka dni później…
Danny nadal się nie obudził. Jego lekarz sam nie wie, co jest tego powodem, a ja odchodzę od zmysłów. Boję się, że się nie obudzi, choć lekarze zapewniają mnie, że tak nie będzie. Oby mieli rację i to nie były tylko puste słowa…
Szłam właśnie wzdłuż plaży, na której rozmawialiśmy ostatni raz. Nie wiem, jakim cudem sama tu trafiłam. Moja orientacja w terenie była… opłakana. Zwłaszcza w obcym kraju. W drodze powrotnej pewnie się zgubię, ale co tam. Problem w tym, że drogi powrotnej nie było. A przynajmniej jej nie pamiętam…
*Leo*
Kiedy kilka dni temu zobaczyłem w oczach Kasi ten smutek, odpuściłem. Miała rację, to moja wina, że Danny jest teraz tu, gdzie jest i to w dodatku ciągle nieprzytomny. Swoją drogą, mógłby się już obudzić. Od tego feralnego dnia nie widziałem, żeby jego ukochana cokolwiek jadła. W domu też praktycznie jej w ogóle nie widywałem. Wychodziła do szpitala kiedy ja jeszcze spałem, a wracała, kiedy już spałem. Albo w ogóle nie wracała. Nie wiem, czy unikała mnie, czy po prostu chciała cały czas siedzieć przy tlenionym. A może jedno i drugie?
W każdym razie kiedy dzisiaj zrobiła sobie wolne od szpitalnych murów, ja przyjechałem do brata. Bałem się tego momentu, kiedy się obudzi i będę musiał spojrzeć mu w oczy. Tamtego dnia, przed wypadkiem, w który nawiasem mówiąc ni cholery nie wierzę, dzwonił do mnie i mówił, że mnie nienawidzi. Niczego innego się nie spodziewałem. Nawaliłem. Przecież widziałem, jak na nią patrzy, jak ją kocha, jacy są razem szczęśliwi. A mimo to postanowiłem sobie zasmakować jej ust. Tak, Kasia cholernie mi się spodobała. I tak, chciałem zająć miejsce brata. Teraz wiem, że to był błąd. Szkoda, że dopiero teraz to zrozumiałem. Oczywiście Danny musiał się obudzić akurat przy mnie. Ja to mam szczęście…
Zaczął trochę ciężej oddychać i mlaskać ustami.
-Pić… - szepnął, a ja zwilżyłem mu usta patyczkiem z watą, czy czymś takim, który stał w szklance z wodą. Na razie tylko tyle mógł. Otworzył oczy i spojrzał na mnie. Oj… -Leo?
-No, ja. Nie ruszaj się, pójdę po lekarza. – i szybko stamtąd wyszedłem. Lekarz go badał, a ja czekałam na korytarzu. Znowu…
Po paru minutach wyszedł i powiedział, że Młody czuje się lepiej i że mogę do niego wejść. Niepewnie, ale to zrobiłem. Leżał i gapił się w sufit. Usiadłem na swoim miejscu. Nawet na mnie nie spojrzał.
-Jak się czujesz? – spytałem po chwili ciszy.
-Tak jak wyglądam. – powiedział oschle.
-Czyli nie jest tak źle. – próbowałem żartować, ale chyba mi nie wyszło, bo tylko popatrzył na mnie z politowaniem.
-Kiepski żart. – westchnąłem. Znowu zapadła cisza, a on znowu gapił się w sufit.
-Słuchaj, musimy pogadać.
-Nie mamy o czym.
-Mamy. Ja… - i wtedy rozdzwoniła się moja komórka. Dzwoniła mama. –Halo?
-Leo, Kasia jest w szpitalu! – krzyknęła spanikowana.
-Co w tym dziwnego? Dużo czasu tu spędza. Danny się ucieszy, obudził się.
-Tylko, że ona nie jest tu jako odwiedzający, a jako pacjent.
-Co?! – zerwałem się na nogi.
-Zemdlała na plaży. Leżała tam całą noc, aż znalazł ją jakiś mężczyzna i przywiózł do szpitala. Jest zziębnięta i nie wygląda to dobrze.
-Fakt, dzisiaj w nocy było zimno. Mam mu powiedzieć? – spytałem cicho, żeby blondyn nie słyszał. Co prawda stałem już na korytarzu, ale i tak wolałem nie ryzykować.
-Nie wiem, w tym stanie chyba nie powinien wiedzieć.
-Ale to jego narzeczona. Powinien wiedzieć, co się z nią dzieje.
-Rób, co uważasz za słuszne. Dam znać, jak czegoś się dowiem. – rozłączyła się, a ja zacząłem myśleć, co zrobić.
-Co się stało? – spytał mój brat, kiedy do niego wróciłem. Usiadłem.
-Tylko się nie denerwuj…
-Mów!
-Kasia jest w szpitalu. Zemdlała na plaży… - powiedziałem mu wszystko, czego dowiedziałem się od matki.
-Zabierz mnie do niej. – powiedział i zaczął się podnosić.
-Co? Ej! Ty nie wstawaj! Masz leżeć i odpoczywać!
-W dupie to mam! Zabierz mnie do Kasi! Muszę ją zobaczyć. – wiedziałem, że nie odpuści, więc jakimś cudem przyprowadziłem wózek inwalidzki i pomogłem mu na niego wsiąść. Najgorsze przed nami – przemknąć pielęgniarkom. Jakoś nam się udało, ale ja przecież nie wiem, na jakim oddziale leży Kasia. Zadzwoniłem więc do mamy i się tego dowiedziałem, a potem udałem się tam razem z bratem. Jeśli mama tam jest, to oboje mamy przerąbane…
Na szczęście jej nie było. Kurczę, Kasia faktycznie za dobrze nie wyglądała. Zostawiłem Dana przy jej łóżku, a sam wyszedłem na korytarz i stanąłem na czatach.
Danny
Moje biedactwo. Kiedy patrzyłem na nią taką poowijaną w koce i pod aparaturą, miałem gdzieś, czy całowała się z moim bratem, czy nie. Może faktycznie nic między nimi nie zaszło? Może mi się tylko wydawało? Albo Leo chciał, ale ona nie? Nieważne. Teraz byłem w stanie jej wszystko wybaczyć.
Po kilku minutach wrócił Leo i powiedział, że mama idzie, więc musimy się zbierać. Tak też zrobiliśmy.
Tym razem pielęgniarki nas nakryły. Wrzeszczały na nas, ale ja słyszałem to jak zza ściany. Myślałem o Kasi. W końcu wróciliśmy do mojej sali, a ja do łóżka. Patrzyłem na ścianę przed sobą.
-Musisz o czymś wiedzieć. – powiedział nagle Leo, a ja spojrzałem na niego beznamiętnie. Westchnął. –Kasia nic złego nie zrobiła. To ja zakradłem się do pokoju, kiedy Ty robiłeś śniadanie i chciałem ją pocałować, ale nie pozwoliła mi się nawet do siebie zbliżyć. – mówił, nie patrząc na mnie, tylko na swoje buty. Zatkało mnie. Mój własny brat…
-Czemu to zrobiłeś? – spojrzał na mnie.
-Naprawdę nie wiesz? Przecież ona jest… piękna. – chyba się rozmarzył, bo patrzył w bliżej nieokreślony punkt i uśmiechał się delikatnie. Wiedziałem, że za MOJĄ narzeczoną oglądają się faceci, ale nigdy nie sądziłem, że nawet mój brat będzie chciał mi ją odbić. Czułem się w pewnym sensie dumny, że tylko JA miałem prawo ją dotykać, przytulać, całować. Że pośród tylu facetów, wybrała właśnie mnie. Ha! A innym wara od niej! Ale teraz byłem na siebie wściekły, że nie uwierzyłem ukochanej, tylko swojemu głupiemu umysłowi. Jestem kretynem…
Dwa dni później…
Jeszcze przez dwa dni długie dni nie mogłem zobaczyć się z Kasią, bo ona dochodziła do siebie, a ja byłem pilnowany, żebym nie opuszczał oddziału. Myślałem, że zwariuję.
Kiedy w końcu ją zobaczyłem, jeszcze lekko bladą, niemal zerwałem się do siadu. Wyciągnąłem do niej ręce, a ona podbiegła i się we mnie wtuliła, zaczynając płakać.
-Cii, nie płacz. – szepnąłem, tuląc mój Skarb do siebie.
-Tak się bałam!
-Ja tez. – odsunąłem brunetkę od siebie, ująłem jej twarz w dłonie i pocałowałem mocno. Jak ja za tym tęskniłem!
-Dan, ja nie…
-Cii, wiem. Leo mi wszystko powiedział. Byłem głupi. Powinienem był Ci od razu uwierzyć. Przepraszam. Za to, co powiedziałem na plaży też. – mówiłem, tuląc ją znów, a ona płakała. –Nie płacz, proszę. – ponownie zacząłem ją całować. Tym razem zaledwie muskałem jej usta. Po chwili wtuliłem twarz w jej szyję.
-Kocham Cię. – powiedzieliśmy razem, patrząc na siebie i zaśmialiśmy się. Brakowało mi jej uśmiechu, głosu, oczu, ust. Brakowało mi po prostu jej.
__________________________
Dedykuję ten cedek Monice (dannonkowa), która mi w nim pomogła i męczyła cały dzień męczyła pytaniami, kiedy będzie :D
Leo, tak dla pewności to idź do psychologa... psychiatry. Na wszelki wypadek.
OdpowiedzUsuńDanny... Cholera, biedaku! I Kasia... Ty też biedna. Masakra. ;D
"Tym razem zaledwie muskałem jej usta. Po chwili wtuliłem twarz w jej szyję.
-Kocham Cię. – powiedzieliśmy razem, patrząc na siebie i zaśmialiśmy się. Brakowało mi jej uśmiechu, głosu, oczu, ust. Brakowało mi po prostu jej." aaaawwww.... !! <3 Kocham Cię, Kasia! xD Czekam na cedek, wiem, że jutro xD
Haha. Zawsze do usług. :D Boże.. Czekam na cedeka. :) A co do cedeka to boski. a ty Leo byś się wstydził. :D nunununu :d
OdpowiedzUsuńROMANTYCZNE <3333333333333
OdpowiedzUsuńczekam na ciąg dalszy :3
Małe info na moim blogu. To mój mail evela1993@onet.pl
OdpowiedzUsuńNowy rozdział, zapraszam http://all-the-love-i-that-need.blogspot.com/ ;))
OdpowiedzUsuńNo ! I tak ma być Kotynieńku :D Głupi Leo -.- Dobrze, że się przyznał, bo było by manto ;P
OdpowiedzUsuń