sobota, 23 marca 2013

74. Koniec wszystkiego

Zabijecie mnie za to xD
Za ewentualne błędy przepraszam.
__________________________________________

Danny


Przyznam szczerze, że trochę zaniepokoił mnie ten wczorajszy tekst Erika. Jadę teraz do niego.
Przez całą drogę zastanawiałem się, jak delikatnie podpatrzeć jego zachowanie. Mógł zwariować? Mógł. Ja bym bez Kasi zwariował. A przecież widziałem, jak wyglądał po rozstaniu z Moniką. Jak przeżywał każdą kłótnię. Jego jeszcze nigdy nie wzięło tak mocno. Współczuję mu.
Około 10-tej zaparkowałem pod jego domem. Mam nadzieję, że już nie śpi. Zadzwoniłem dzwonkiem i po chwili w drzwiach ujrzałem swojego kumpla. Był w zadziwiająco dobrym stanie. Był ubrany, odświeżony. Nawet włosy miał ułożone.
-Cześć – powiedziałem. –Mogę wejść?
-Jasne. – Odsunął się, robiąc mi przejście. Wszedłem powoli. Dopiero w środku się przywitaliśmy „po męsku”.
-O, posprzątałeś! – zachwyciłem się, widząc salon, który wręcz lśnił.
-No wiesz… W końcu trzeba było. – Podrapał się po głowie. Zdjąłem kurtkę i rozsiadłem się na kanapie. –Kawy, herbaty? – spytał.
-Nie, dzięki – odparłem. –Jak sobie radzisz?
Brunet westchnął i usiadł koło mnie.
-Staram się żyć tak… jak przed tym wszystkim. Nie jest łatwo, ale po tym, co powiedziała mi Twoja narzeczona czuję, że muszę być silny. Jestem im to winny. – Nie jestem przyzwyczajony, że Erik jest taki poważny. Ale zaraz…
-A co takiego powiedziała Ci moja narzeczona? – spytałem, a on uśmiechnął się lekko.
-Powiedziała, że dusza zmarłego nie zazna spokoju na tamtym świecie, dopóki bliscy nie przestaną go opłakiwać. Przynajmniej w taką teorię wierzy jej mama. – Och, interesujące…
-A Ty? Wierzysz w to? – Zamyślił się chwilę.
-Nie wiem. Ale jeżeli faktycznie tak jest, to ja zrobię wszystko, żeby Monia wreszcie odpoczęła. Chociaż to mogę dla niej zrobić.
-Zrobiłeś dla niej dużo więcej – powiedziałem stanowczo. Pokręcił głową, zamykając oczy.
-Powinienem był jej powiedzieć, że ciąża jest zagrożona i jak to wszystko może się skończyć. Powinienem…
-I co byś jej powiedział? „Hej Kochanie, słuchaj. Twoja ciąża jest zagrożona i możesz nie przeżyć porodu”? Tak? Nie mówiąc o tym, podarowałeś jej beztroskie i szczęśliwe chwile. Gdybyś jej powiedział, myślałaby tylko o tym.
-Powinna wiedzieć – szepnął.
-Czasem nieświadomość jest lepsza. – Brunet ukrył twarz w dłoniach. –Nie obwiniaj się. Nawet, gdybyś ją ostrzegł, nie zmieniłbyś jej wyroku.
-Może bardziej by na siebie uważała.
-Może tak, a może nie. A może to też by nic nie dało. Gdybanie „co by było, gdyby…” nie pomoże. Tak widocznie musiało być.
-Łatwo Ci mówić – burknął i wstał.
-Nie jest mi łatwo, ale jako Twój przyjaciel mam obowiązek uświadomić Ci, że nie ma tu Twojej winy. Nie uratowałbyś jej. – W tym momencie zadzwonił mój telefon. Wyjąłem go z kieszeni. Thomas? Czego on chce? Odebrałem.
-Tak?
-Słuchaj, załatwiłem Ci wywiad dla magazynu… - Podał nazwę czasopisma.
-Jaki wywiad? I to jeszcze w Malmӧ. Miałem mieć…
-Wiem, wiem. Do porodu miałeś mieć wolne. Ale to tylko jeden wywiad. Potem już dam Ci spokój. To jak? Zgadzasz się?
-A mam inne wyjście?
-Nie.
-No właśnie – mruknąłem. –Kiedy ten wywiad?
-W następną sobotę. – Westchnąłem.
-Dobra, przyjąłem. Cześć. – Rozłączyłem się.
-Co jest? – spytał Erik, widząc moją naburmuszoną minę. Powiedziałem mu, co i jak. –I tym się tak przejmujesz? Przecież nie będzie Cię góra jeden dzień. Wrócisz i będziesz oczekiwał narodzin córki. – Poklepał mnie po ramieniu. Pewnie ma rację.


Kasia


-Jestem! – usłyszałam głos narzeczonego, gdy prasowałam ciuszki małej. Postanowiłam sobie je już przeprać i prasować, żeby leżały i czekały na używanie.
-Jestem w sypialni! – odkrzyknęłam. Po minucie do pokoju wszedł blondyn. Przywitał się ze mną szybkim całusem. –I co? Jak Erik?
-Niczego dziwnego nie zauważyłem. Normalnie się zachowywał.
-To dobrze. – Uśmiechnęłam się. Daniel wziął ze sterty do uprasowania jeden z kaftaników i przyłożył do siebie.
-Ona będzie taka mała? – spytał, niedowierzając.
-Nawet mniejsza. To nie jest najmniejszy rozmiar. – Odsunął kaftanik od siebie i przyjrzał mu się ze zmarszczonymi brwiami, po czym zerknął na mój brzuch. Zaśmiałam się cicho. Biedny się pogubił.
Po skończeniu prasowania wzięłam się za obiad. Kopytka – ulubione danie Dana. Oczywiście miałam przy tym dużo zabawy, bo gdy Danny zobaczył, że robię coś z udziałem mąki, naturalnie musiał mnie nią upaćkać. Nie byłabym sobą, gdybym mu się nie odwdzięczyła. I tak zaczęła się nasza mąkowa wojna. W efekcie my byliśmy cali biali, podłoga i szafki też. Za to kopytka… czekały.
-Ty to sprzątasz – powiedziałam, śmiejąc się i celują w blondyna oskarżycielsko palcem.
-Miramis wyliże. – Wyszczerzył się.
-I się zatruje. Mądre. – Poczochrałam mu włosy, a że rękę miałam w mące, to… Ups, ten wzrok nie wróży nic dobrego. Zaczęłam uciekać, a uwierzcie, bieganie z brzuchem, przez który nie widzi się własnych stóp, nie jest takie proste. Dlatego też dogonił mnie jeszcze w salonie. Złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Pisnęłam, a on odwrócił mnie w swoją stronę i wpił się w moje usta.
Wróciliśmy do kuchni. Najpierw, wspólnymi siłami, posprzątaliśmy pobojowisko, a potem Dan pomógł mi przygotować obiad.
-Mmm, pyszne – wymruczał, kiedy zanurzył pierwszego kopytka w ustach.
-Cieszę się, że Ci smakuje. – Uśmiechnęłam się ładnie.
-Kocham ten uśmiech. – Podniósł moją dłoń do ust i pocałował mnie w nią, a ja się zarumieniłam. –Za tydzień muszę wyjechać.
-Jak to? – Zmarszczyłam brwi.
-Thomas załatwił mi jakiś wywiad dla czasopisma w Malmӧ. Jakby w Sztokholmie nie mógł – odparł zły.
-Spokojnie, to tylko jeden wywiad. Szybko wrócisz. – Ponownie się uśmiechnęłam.
Po obiedzie poszliśmy na spacer. Taka ładna pogoda, trzeba korzystać. Szliśmy przez park, trzymając się za ręce. Było cudownie. Słonko ogrzewało nasze spokojne i uśmiechnięte twarze. Nawet nasza córeczka była nieco bardziej ożywiona niż zazwyczaj. Kopała, wierzgała, jakby chciała powiedzieć „Hej, wypuść mnie stąd! Gorąco mi!”. Zaśmiałam się w duchu na tę myśl. Gdy usiedliśmy na ławce, Danny objął mnie jedną ręką, a drugą położył na moim brzuchu. Ja zaś uniosłam wzrok ku niebu i pomyślałam o Moni. Ciekawe, jak jej tam jest. Położyłam głowę na ramieniu narzeczonego i zamknęłam oczy, rozkoszując się śpiewem ptaków.
-Hej, nie śpij – usłyszałam cichy głos po dłuższej chwili. Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że chyba naprawdę przysnęłam. Ups. Potarłam opuszkami palców kąciki oczu, żeby do końca się rozbudzić. Zerknęłam na chłopaka, a on posłał mi uprzejmy uśmiech.
-Przepraszam – wymamrotałam.
-Nic się nie stało – odparł z uśmiechem. –Wracamy? – Skinęłam lekko głową.
Wróciliśmy do domu w takim samym tempie, w jakim szliśmy do parku.
-Położysz się? – spytał, na co ja tylko skinęłam głową, gdyż czułam się strasznie zmęczona. I nie rozumiałam powodu tego zmęczenia. Wspięłam się na górę i weszłam do naszej sypialni. Danny wszedł za mną, a gdy się położyłam, zdjął mi buty i przykrył kocem. Ostatnie, co zarejestrowałam przed zaśnięciem, to mocne kopnięcie w brzuchu.
Gdy się obudziłam, na dworze było już ciemno. Wyszłam z sypialni i ruszyłam na poszukiwania narzeczonego. W salonie – pusto. W kuchni też. Znalazłam go dopiero w pokoju, który miał przeznaczony na swoje „studio”. To tam powstają te piękne piosenki.
-Hej – powiedziałam cicho, kiedy weszłam do środka. Spojrzał na mnie i wstał.
-Wstała moja Księżniczka – mruknął, podchodząc do mnie i obejmując w pasie. Musnął lekko moje usta. –Głodna? – Kiwnęłam głową. Poprowadził mnie do kuchni, kazał usiąść, po czym z lodówki wyjął stos naleśników i polewę czekoladową.
-Zrobiłeś naleśniki? – spytałam, gdy smarował jeden polewą. Pokiwał energicznie głową, wyraźnie z siebie zadowolony. Postawił przede mną talerz.
-Smacznego.
-Dziękuję. – Zabrałam się za konsumpcję.
Byłam tak głodna, a naleśniki tak pyszne, że zjadłam sześć, a były naprawdę spore. Daniel obserwował jak jem i uśmiechał się lekko.
-Smakowało?
-Mhm – mruknęłam, pijąc sok. Chciałam pozmywać, ale blondyn powiedział, że on to zrobi. Wychodząc z kuchni, poczułam skurcz. Doczłapałam się do kanapy w salonie i usiadłam na niej. W tym momencie z kuchni wyszedł Dan. Podbiegł do mnie i kucnął przede mną.
-Wszystko w porządku? – spytał czule.
-Tak, mała po prostu jest dzisiaj bardzo rozbrykana.
-Na pewno? Może pojedziemy do szpitala?
-Nie, wszystko ok. Już mi lepiej. – Uśmiechnęłam się. Skurcze faktycznie ustąpiły.


Tydzień później…


-Właściwie dlaczego nie lecicie samolotem? Byłoby szybciej – rzekłam, kiedy Dan pakował do torby rzeczy potrzebne na dwa dni.
-Thomas tnie koszty.
Ta krótka odpowiedź mi wystarczyła. Menadżer Danny’ego woli sześć godzin siedzieć za kółkiem niż w przeciągu godziny być na miejscu za pomocą drogi powietrznej, żeby tylko było taniej. Wracać mają tak samo, co mi się zbytnio nie podobało. W ogóle nie podobał mi się ten cały wyjazd. Po letniej trasie umówili się, że do rozwiązania ciąży Dan będzie miał wolne.
Skończył się pakować akurat w momencie, gdy zadzwonił jego telefon.
-Jedziesz już? Spoko, ja już jestem gotowy… No na razie. – Rozłączył się, schował komórkę do kieszeni i podszedł do mnie, po czym objął w pasie. Patrzył mi w oczy, jakby było w nich coś nadzwyczajnego. Po chwili zaczął powoli przybliżać swoją twarz do mojej, a potem mnie pocałował. Rany, czułam się jak podczas naszego pierwszego pocałunku. Chwilę zajęło, zanim się ode mnie odkleił.
Zeszliśmy na dół i razem czekaliśmy na Thomasa. Zjawił się po około 20 minutach. Przywitał się z nami, po czym wziął torbę Dana i zaniósł do samochodu, dając nam tym samym chwilę na pożegnanie. Blondyn stanął przede mną, objął i rzekł cicho:
-Uważaj na siebie.
-Będę – odparłam równie cicho, patrząc w jego szaro-niebieskie oczy. Pocałował mnie. Ale jak! Jakby miał to być nasz ostatni pocałunek. Jakby jutra miało nie być. Nawet małej chyba bardzo się to spodobało, albo wręcz przeciwnie, bo mocno kopnęła. Odsunęłam się od Daniela delikatnie i jęknęłam.
-Co jest?
-Twoja córka ma mocne kopy. – Zaśmiałam się. On zaś kucnął, zdjął moją rękę z brzucha i powiedział:
-Bądź grzeczna. Nie dawaj mamusi do wiwatu. Wystarczy, że tatuś to zrobi jak wróci. – Uniósł wzrok na mnie i puścił mi oczko, a ja się zaśmiałam. Podwinął mi bluzkę i pocałował w brzuch, a potem wstał i mocno mnie przytulił. –Kocham was – szepnął.
-My Ciebie też.
-Myślisz, że ona też? – spytał radośnie, odsuwając się ode mnie.
-No jasne! – Jeszcze raz mnie pocałował. Wtedy Thomas zatrąbił i byliśmy zmuszeni się rozstać. –Daj znać jak dojedziecie – poprosiłam.
-Jasne. – Ostatni cmok i moje Kochanie wyszło, a ja oparłam się o drzwi i zamknęłam je dopiero, gdy odjechali.
Wieczorem dostałam sms-a z informacją, że są już w hotelu, w którym mieli się zatrzymać. Mogłam spać spokojnie.


Następnego dnia…


Danny


Wywiad miałem mieć dopiero po południu i byłem wściekły na Thomasa, że przyciągnął mnie tu już wczoraj. Przyjechalibyśmy dzisiaj rano i byłoby okej! Ale nie! On zawsze musi postawić na swoim! Cholerny perfekcjonista! Ale trzeba przyznać, że, bądź co bądź, w swojej robocie jest nieoceniony.
O 14-tej mieliśmy spotkanie z miłą i ładną Panią redaktor. Thomas siedział obok mnie i czasem dyskretnie kopał mnie pod stołem w nogę, gdy udzieliłem odpowiedzi, która nie przypadła mu do gustu. Cóż, nie przejmowałem się tym.
Na początku pytania dotyczyły mojej kariery, następnej płyty i ogólnie moich planów zawodowych na przyszłość. I to mi odpowiadało. Ale kiedy zaczęła pytać o moje życie prywatne już nie było tak milutko. Wkurzyłem się. No bo co ich obchodzi, na kiedy ustaliliśmy datę ślubu? Albo kiedy Kasia ma termin porodu? Jeszcze zlecą się pod szpital, żeby jako pierwsi ogłosić nowinę o narodzinach mojej córki, albo, co gorsza, zrobić jej zdjęcie. O nie, niedoczekanie! Wiem, że i tak pewnie złapią mnie z wózkiem na jakimś spacerku albo gdy będę je wiózł ze szpitala do domu, ale no błagam! Nie w pierwszych chwilach jej życia! Ten dzień będzie tylko nasz. – mój, Kasi i małej… No właśnie, jeszcze nie wybraliśmy imienia. Mamy jeszcze miesiąc.
Tak więc na pytania osobiste nie odpowiadałem.
-Dziękuję Panom za wywiad – zaszczebiotała, kiedy się żegnaliśmy.
-To my dziękujemy – odpowiedział mój menadżer i ucałował jej dłoń, którą ja tylko uścisnąłem z wymuszonym uśmiechem. Od kiedy on taki milutki? Wyszła, a my, jako że wywiad odbywał się w kawiarni, musieliśmy uregulować rachunek za trzy kawy. Zwaliłem to na Thomasa, bez słowa wychodząc i zakładając okulary przeciwsłoneczne na nos, gdyż słońce dziś wyjątkowo mocno grzało, jak na początek jesieni. Dogonił mnie, gdy dochodziłem do jego samochodu. I chyba już miał na mnie nawrzeszczeć, ale mu przerwałem.
-To co, wracamy? – zapytałem, a raczej stwierdziłem bez zbędnych ceregieli.
-Do hotelu – tak – odrzekł poważnie, obchodząc auto.
-Miałem na myśli Sztokholm – sprostowałem.
-Nie możemy. – Wsiadł za kierownicę. Zdziwiony zrobiłem to samo, tylko od strony pasażera.
-Czemu?
-Przecież wieczorem masz koncert. - Powiedział to takim tonem, jakby mnie uświadamiał, że Ziemia jest okrągła.
-Jaki koncert?
-Nie mówiłem Ci?
-No patrz, nie! – krzyknąłem.
-Musiało mi wylecieć z głowy.
-Thomas… - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
-Spokojnie, nie gorączkuj się tak – powiedział, nawet na mnie nie spoglądając. Cały czas patrzył na drogę. Zacisnąłem dłonie w pięści. –Koncert w szpitalu dziecięcym.
-W szpitalu dziecięcym? Chcesz żerować na chorych dzieciach?
-Masz mnie za takiego skurwiela? – Spokój w jego głosie był przerażający. Nie odpowiedziałem, tylko odwróciłem głowę. –Zaśpiewasz za free. Kiedy dyrektorka szpitala dowiedziała się, że będziesz w Malmӧ, zdobyła numer do mnie i poprosiła o choć kilka piosenek – wyjaśnił. Wlepiłem w niego gały.
-A co Ty będziesz z tego miał?
Nie chce mi się wierzyć, że robi to bezinteresownie. Uśmiechnął się bezczelnie.
-Kolację z piękną Panią Dyrektor. – Spojrzał na mnie i puścił oko. Jednak jest skurwielem.


Kasia


Nudziłam się. Strasznie się nudziłam. Normalnie w takiej chwili to bym pojechała do Moniki, ale tak… No wiadomo, że nie mogę. To w końcu w Internecie znalazłam jakąś książkę, którą pobrałam na komputer i zatopiłam się w jej lekturze. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” się nazywała. Zainteresował mnie jej tytuł, no bo jak można mieć pięćdziesiąt twarzy? Co to jakiś człowiek-kameleon czy jak? Szybko się okazało, że to… no cóż… erotyk. I może nie czytałabym jej tak namiętnie, gdyby nie tajemniczość i sztywny charakter głównego bohatera. W każdym bądź razie czytałam ją niemal bez mrugania.
Gdzieś w połowie musiałam przerwać, bo zadzwonił mój telefon. Wzięłam go do ręki i nie patrząc na wyświetlacz, odebrałam.
-Halo?
-Hej! – Po drugiej stronie rozbrzmiał głos Cattis. Aż musiałam zerknąć na wyświetlacz, bo nie wierzyłam.
-Hej, Catt. Coś się stało? – spytałam, bo ona nigdy do mnie nie dzwoni.
-Nie, a musiało się coś stać?
-No nie – przyznałam. –Co tam słychać? Jak Twój mąż?
-A spisuje się, spisuje. – Zachchotała. –A Twój?
-Mąż? Nie posiadam jeszcze. – Zaśmiałam się. –Pojechał do Malmӧ.
-A cóż on tam robi?
-Wywiad jakiś.
-A, no chyba że tak. Kiedy wraca?
-Jutro pod wieczór.
-O! W takim razie jutro porywam Cię na babskie zakupy. Może kupimy coś dla waszego maluszka. Co Ty na to?
-Jak na lato! – Prawie pisnęłam.
-No to jesteśmy umówione. O 13-tej?
-Ok, pasuje mi. Do jutra!
-Pa! – Rozłączyłam połączenie i wróciłam do czytania książki.


Następnego dnia…


Danny


Koncert dla dzieciaków udał się znakomicie, ale teraz pędzę już do mojej Księżniczki. Z Thomasem uznaliśmy, że skoro on prowadził auto w tamtą stronę, to w drodze powrotnej ja będę kierowcą.
-Danny, zwolnij, bo nas pozabijasz – warknął w pewnym momencie mój menadżer.
-Nie pękaj. Nie jadę wcale tak szybko.
-Nie?! 150/h to według Ciebie mało?! – Wzruszyłem ramionami. Moim autkiem jeżdżę szybciej. On tylko pokręcił z dezaprobatą głową i złapał uchwyt nad drzwiami pasażera. Włączyłem dosyć głośno radio. Ściszył je. Spojrzałem na niego z mordem w oczach, ale nic nie powiedziałem. W końcu to jego samochód.
Jechałem szybko, a moje myśli krążyły wokół Kasi. Chyba nieświadomie przyspieszyłam jeszcze bardziej, bo Thomas był niemal wgnieciony w fotel. I nie wiem, czy z przerażenia, czy wbiła go siła prędkości. Chciało mi się z niego śmiać. W końcu nie wytrzymałem i parsknąłem głośnym śmiechem.
-Co Cię tak bawi? – warknął.
-Ty! – odpowiedziałem, dalej się śmiejąc.
-Uważaj! – krzyknął. Przeniosłem wzrok z niego na drogę i skręciłem gwałtownie, uciekając przed jadącą prosto w nas ciężarówkę i hamując ostro. Ale było już za późno…


Kasia


-Zobacz, jakie słodkie! – rzekła rozczulonym głosem Cattis, pokazując mi maleńkie dziecięce buciki. Faktycznie były cudowne. Gdyby nie to, że to Dan zmusił mnie wtedy do zrobienia testu, bardzo możliwe, że o tym, iż zostanie ojcem, poinformowałabym go zostawiając „przypadkiem” na widoku właśnie takie butki.
-Tak, śliczne. – Uśmiechnęłam się.
-Bierz! – Wepchnęła mi obuwie do ręki i ruszyła dalej, a ja się zaśmiałam. Poczłapałam za nią.
-Wy nie planujecie jeszcze dziecka? – spytałam, przeglądając różne ciuszki dziecięce.
-Staramy się, ale coś… Matte ma chyba ślepe naboje – powiedziała z udawaną powagą w głosie. Zaraz potem rozbrzmiał nasz chichot.
Następnie udałyśmy się do sklepu z odzieżą męską. Catt chciała kupić mężowi nową parę spodni, bo, jak to powiedziała, z większości powyrastał. Ja tutaj nawet niczego nie szukałam. Gdy opuszczałyśmy sklep, zadzwonił mój telefon. Jakoś udało mi się przełożyć zakupy w jedną rękę, a drugą wygrzebałam komórkę i odebrałam.
-Tak?
-Witam, panno Katarzyno. Mówi Thomas Lööw, menadżer Danny’ego.
Coś się musiało stać. On nigdy do mnie nie dzwoni.
-Coś się stało? – spytałam cicho, bojąc się odpowiedzi. Mężczyzna westchnął ciężko.
-Mieliśmy wypadek. Ja zbytnio nie oberwałem, ale Danny… - zamilkł. Obawiałam się najgorszego.
-Co z nim?
-On… On nie żyje.
W jednej chwili mój świat się zawalił. Torby z zakupami wypadły mi z ręki. Spojrzałam na Cattis ze łzami w oczach, szepcząc „Danny”, a potem o mało nie upadłam.
Brunetka zawiozła mnie do szpitala, w którym był Dan. I to ona dowiadywała się, gdzie możemy go zobaczyć. Okazało się, że mamy iść na drugie piętro. To Cattis wszystko załatwiała. Ja nic nie mówiłam. Szłam za nią jak zahipnotyzowana. Lekarz pozwolił mi wejść do Dana. Leżał na łóżku przykryty w całości białym prześcieradłem.. Podeszłam do niego powoli i drżącymi dłońmi odsłoniłam jego twarz. Miał zamknięte oczy i gdyby nie zadrapania i krew, byłabym skłonna myśleć, że po prostu śpi. Zakryłam usta dłonią i wybuchłam płaczem. Nie mogłam się opanować. Przysunęłam sobie jakiś niewygodny stołek i usiadłam na nim, łapiąc Daniela za rękę. Zimną rękę. Dlaczego? Dlaczego teraz, kiedy byłam taka szczęśliwa, zostaje mi to szczęście odbierane? Najpierw Monika, teraz Dan… W przeciągu miesiąca straciłam dwie najważniejsze dla mnie osoby. To niesprawiedliwe! Dlaczego Bóg nas tak każe? To jakiś cholerny test czy jak?! Dobrze się bawi?! Mnie nie jest do śmiechu! Moje dziecko będzie wychowywało się bez ojca. Tak nie powinno być. On tak się cieszył, że będzie ojcem, a teraz… Och nie! Zaczęłam do niego cicho mówić, choć wiedziałam, że mnie nie usłyszy. Już nigdy…
-Dlaczego mnie zostawiłeś? Nas. Obiecywałeś, że zawsze będziesz przy nas. Że będziesz o nas dbał. A teraz co? Kto się nami zajmie? – mówiłam przez łzy, ściskając jego dłoń. To wszystko było tak cholerne trudne. Jeszcze niedawno tłumaczyłam Erikowi, że musi być silny, a teraz wątpię, abym ja potrafiła taka być. Teraz rozumiem, jak on się czuje. Ja też nie chcę żyć bez Danny’ego. Nie będę potrafiła. Nie dam sobie rady sama z małą. Wstałam, ostatni raz pocałowałam go w usta, które tak kochałam i, zapłakana, wyszłam z tego dziwnego pokoju. Thomas, który siedział na krześle, a którego wcześniej nie zauważyłam, wstał i zaczął się tłumaczyć.
-Kasiu, przykro mi. On… pędził jak szalony. Nagle zza zakrętu wyjechała ciężarówka i Dan skręcił gwałtownie, ale nie zdążył zahamować i wjechał w drzewo. Naprawdę mi przykro.
Nie wytrzymałam.
-Tobie jest przykro?! – wrzasnęłam. –Tobie?! Gdybyś dotrzymał słowa i Dan miałby wolne, nic by się nie stało! – Popchnęłam go, ale Matte, który musiał przyjechać, kiedy byłam u Dana, powstrzymał mnie przed dalszym atakiem, przytrzymując mnie za ramiona. W końcu menadżer też był ranny. Miał złamaną rękę i kilka zadrapań. Zaczęłam się szarpać. –To Twoja wina i to Ty powinieneś tam leżeć, nie on! Nienawidzę Cię! Nienawidzę… - Ostatnie słowo wyszeptałam, padając na kolana. Płakałam, z trudem łapiąc oddech. To było ponad moje siły. Cattis usiadła koło mnie i przytuliła mnie mocno. Wtedy poczułam ból w dole brzucha…

7 komentarzy:

  1. Ja Cię chyba zabije, Kasia -.-
    Dannonkuuuuuuuu ;(((((( !
    Może jeszcze zabijecie resztę, co? ;x
    eech... [*] ;(

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieee dlaczego on?!
    Ehh... Czekam na następny ;(

    OdpowiedzUsuń
  3. Do Malmo ze Sthlm będzie więcej niż 6h, tak myślę :D
    "-Staramy się, ale coś… Matte ma chyba ślepe naboje – powiedziała z udawaną powagą w głosie. Zaraz potem rozbrzmiał nasz chichot." buahahahahahahaha
    NO MASZ RACJĘ, ZABIJĘ SIĘ !!!! -.-
    Kurde, nie czytam już tego opka...Nie cierpię jak jakiś bohater, a tym bardziej więcej niż 1, umiera...

    OdpowiedzUsuń
  4. No to teraz czas na Matta,Catt, Erika i Kasie z małą. Może będzie zbiorowy pogrzeb?

    OdpowiedzUsuń
  5. Obiecuję, że też popsuję, obiecuję !
    Kill You !

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz rację :/ ZABIJE CIE KAAASIA :( CZEMU ZABIŁAŚ DANA??? BŁAGAM NIECH TO BĘDZIE SEEN :'( BŁAAAGAM NA KOLANACH

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapraszam Morderco na rozdział http://is-it-all-in-my-head.blogspot.com/ . ; ))

    OdpowiedzUsuń