sobota, 14 kwietnia 2012

10.Szczera prawda


Po jakimś czasie, wróciłam do Moniki. Było mi głupio, że wybuchłam. Ale kurcze! Jej jest łatwiej, bo ma Erika. Monia była w kuchni. Kucnęłam przy niej, objęłam ją ramieniem i powiedziałam:
-Przepraszam, że krzyknęłam. Masz rację. Zakochałam się w Danny’m. Ale to nie jest takie proste. Ty masz Erika i wiesz, co do Ciebie czuje, ja nie mam pewności, że Dan odwzajemnia moje uczucia.
-Ty naprawdę nie widzisz, że on za Tobą szaleje?
-Nie. – odpowiedziałam szczerze.
-Przecież on by za Tobą w ogień skoczył.
-Tak, jak za przyjaciółką.
-Nie no, Ty mnie załamujesz.
-A co, może nie?
-Nie! Powiedz mu, że go kochasz!
-Boję się. Nie chcę znowu cierpieć. Pamiętasz, jak było ostatnim razem.
-Ale Danny to nie Wojtek. Nie skrzywdzi Cię.
-Wiesz, Wojtek też na początku był kochający, troskliwy. Zresztą,  jak nie pił i nie ćpał, to potrafił taki być…
-A Dan ani nie pije, ani nie ćpa. Powiedz mu i bądź szczęśliwa, bo na to zasługujesz.
-Nie.
-Dlaczego?
-A co, jeśli ja mu powiem, a on zerwie ze mną kontakt? Jeśli nie będzie nawet chciał, żebym z wami tańczyła? Wolę nie ryzykować.
-Ech, ciężki z Ciebie przypadek. – wstała i  poszła na górę. Ja zrobiłam to samo. Wzięłam prysznic i wskoczyłam do ciepłego łóżeczka. Zasnęłam, myśląc o Danielu…
Następnego dnia…
Obudził mnie dzwoniący telefon. Wyciągnęłam po niego rękę i nie patrząc nawet na wyświetlacz, odebrałam połączenie.
-Słucham? – powiedziałam zaspanym głosem.
-Cześć, tu Alex. Obudziłem Cię?
-No tak jakby. O co chodzi?
-Możemy się spotkać?
-Coś się stało?
-Nie… To znaczy tak… Ale to nie jest rozmowa na telefon.
-Ok, ale nie wcześniej niż za godzinę.
-Dobra, na razie. – rozłączyłam się. Pewnie zastanawiacie się teraz, czemu kazałam mu tak długo czekać? Cóż, poranna toaleta, śniadanie i lekki, codzienny makijaż, to nie jest takie hop siup.
Godzinę później…
Byłam już czyściutka, ubrana, i gotowa na rozmowę z Alexem. Chociaż sama nie wiem, o czym ona ma być. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Punktualny.
-Hej. – powiedział.
-Cześć, wejdź. – wszedł, a potem usiedliśmy na kanapie.
-Ładnie wyglądasz. – uśmiechnął się blado.
-Dzięki.  Co to za sprawa?  - westchnął.
-Chciałem się pożegnać.
-Wyjeżdżasz?
-Tak. Muszę.
-A dokąd?
-Daleko. – coś tu jest nie tak.
-Coś się stało? Masz jakiś problem?
-Nie mogę powiedzieć. Nie chcę Cię obarczać moimi problemami.
-Musisz, może będę mogła Ci jakoś pomóc.
-Nikt mi nie może pomóc.
-Powiedz wreszcie!
-Mam problemy z mafią narkotykową.
-Co? – wziął głęboki wdech i zaczął mówić.
-Kiedy Gosia ze mną zerwała, wściekłem się. Poszedłem do najbliższego baru i zamówiłem setkę wódki. Wtedy doszedł do mnie jakiś koleś. Łysy, przypakowany, ogólnie groźny. Powiedział, że widzi, że mam jakiś problem i że może mi pomóc chociaż na chwilę o nim zapomnieć, tylko muszę z nim pójść w jedno miejsce. Poszedłem.
-Nie bałeś się?
-Wtedy było mi wszystko jedno. Mogłem nawet zginąć.
-Boże… - szepnęłam.
-Na miejscu okazało się, że jest ich więcej i że to ich kryjówka.
-Co to było za miejsce?
-Jakaś melina. Nie pamiętam dokładnie. Zapytałem, co to za sposób, żebym zapomniał o swoich problemach, głównie tym jednym, a on wyciągnął działkę kokainy. Na początku chciałem stamtąd wyjść, ale ten, który mnie tam przyprowadził, powiedział, że więcej taka okazja się nie zdarzy. Że jedno moje słowo i wszystkie moje problemy znikną. I to za darmo. No i się zgodziłem. Rzeczywiście już po chwili poczułem ulgę. Zapomniałem o Gośce i o tym, co mi powiedziała. Byłem dziwnie szczęśliwy, a nawet śmiałem się jak głupi. Kiedy się trochę uspokoiłem, wyszedłem stamtąd. Szedłem przed siebie aż doszedłem do Twojego domu. Niestety, „cudowny lek” już przestał działać i euforia przerodziła się w ponowną rozpacz.
-Dlatego byłeś taki smutny i zapłakany.
-Dokładnie. Ty byłaś taka miła, dobra, a nawet troskliwa, że się w Tobie zakochałem. Nie byłem pewien, więc nic nie mówiłem. Teraz już jestem. Następnego dnia ktoś do mnie zadzwonił. Pamiętasz?
-Tak.
-To był jeden z nich. Zaproponował mi kolejną działkę. Pomyślałem czemu nie i poszedłem. Tak było przez jakiś czas, a teraz mam im za to zapłacić.
-Ile?
-Pięćdziesiąt tysięcy koron. – zatkało mnie.
-Ile?
-W dodatku grożą, że jak nie oddam im tej kasy w ciągu tygodnia, to mnie zabiją. – schował twarz w dłoniach, a mi napłynęły łzy do oczu.
-Boże…
-Dlatego muszę wyjechać. I to jak najszybciej.
-Nie ma mowy. Nigdzie nie jedziesz.
-Co? – zdziwił się.
-Alex, ucieczką nic nie zdziałasz. Co najwyżej zyskasz trochę czasu, ale oni i tak Cię znajdą. Pomogę Ci zdobyć tę kasę.
-Nie, to niebezpieczne.
-Wiem, ale będę działać ostrożnie.
-Kocham Cię i nie mogę narażać na coś takiego.
-Jeśli naprawdę mnie kochasz, to pozwól sobie pomóc. – na chwilę zapadła krępująca cisza, po czym Alek zaczął się do mnie zbliżać. Nie dopuściłam do takiej sytuacji, jak ostatnio, bo odwróciłam głowę. Wtedy weszła Monika z Erikiem. Erik chyba zauważył, że Alex chciał mnie pocałować i podwinął rękawy i szedł w naszą stronę, ale na szczęście, Monika go powstrzymała. Co ci E.M.Diaki mają do tego biednego Alka?
Godzina później…
Jechałam do banku. Jakoś muszę pomóc Alexowi, więc wpadłam na pomysł, że wezmę kredyt.
Niestety nie załatwiłam nic. Nie udzielili mi kredytu, a w dodatku zaczepił mnie jakiś łysy koleś.
-Powiedz temu swojemu kochasiowi, że ma tydzień na oddanie kasy. I lepiej dla niego, żeby nie wykręcał żadnych numerów, bo pożałuje. – byłam przerażona, ale udawałam, że nawet nie wiem, o co mu chodzi.
-Nie wiem, o kim mówisz. – powiedziałam obojętnie.
-Doskonale wiesz… - szepnął mi do ucha, a jeszcze przez chwilę czułam na swojej szyi jego oddech. To było straszne, a nogi miałam jak z waty. Na szczęście po chwili usłyszałam znajomy głos.
-Ej, zostaw ją! – Łysol się odwrócił w stronę Daniela, a ja uciekłam.
-Bo co mi zrobisz?
-Nie chciałbyś wiedzieć. – rzekł Dan, podchodząc do niego. –Spadaj stąd. I żebym Cię więcej nie widział w pobliżu MOJEJ dziewczyny. – tamten poszedł, a Danny podszedł do mnie.
-Dzięki. – szepnęłam oparta o samochód.
-Nie ma sprawy. Nic Ci nie zrobił?
-Nie.
-Czego od Ciebie chciał?
-Nie wiem. – wolałam nie mówić, że chodziło mu o Alexa. Danny już i tak jest do niego uprzedzony.
-Drżysz.
-Wydaje Ci się. – powiedziałam, a on bez słowa, mnie przytulił.
-Chodź, odwiozę Cię do domu.
-Jestem samochodem. Sama pojadę.
-Nie puszczę Cię samej. On może gdzieś się czaić. Martwię się. – mówiąc to, patrzył mi w oczy. Jezu, jaki on słodki…
-A co z autem?
-Odwiozę Cię i po niego przyjadę.
-Ok. – poszliśmy do jego samochodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz