Następnego dnia obudziłam się koło 10-tej. Wstałam i
na wpółprzytomna poszłam do kuchni, gdzie była Monika.
-Rany, wyglądasz jak siedem nieszczęść. – fajne
przywitanie, nie ma co.
-Dzięki. A może jakieś „hej” albo „cześć”?
-Cześć, wraku człowieka.
-Od razu mi lepiej. – uśmiechnęłam się sztucznie, a
Monika się zaśmiała.
-Co Ty taka nieprzytomna?
-Nie wiem. Ta
noc była jakoś wyjątkowo krótka.
-Czyżbyś miała tej nocy gościa? – zapytała
podejrzliwie.
-Tak, Kovu, wiesz? – dziewczyna znów się zaśmiała.
-No dobra, opowiadaj, jak było na koncercie?
-Wolałabym być po drugiej stronie barierki.
-Dlaczego?
-Tam nie musiałabym skakać i biegać.
-I tak byś skakała. A w dodatku dzisiaj byś gardła nie
czuła od krzyków i pisków. – zaśmiałam się. -Serio było tak źle?
-Wiesz, podczas koncertu nie czułam tak bardzo
zmęczenia, dopiero później. A najlepsze było rozdawanie autografów. – Monika
popatrzyła na mnie z zaciekawieniem, więc opowiedziałam jej sytuację z Casprem.
-No proszę, pierwszy koncert i już masz fana!
-Raczej po prostu chciał autograf od całego zespołu
Danny’ego.
-Tak? A od… nie wiem… gitarzysty też brał?
-Nie wiem, chyba nie. – przyznałam cicho.
-No widzisz? A fotkę chciał? – skinęłam głową, a Monia
się uśmiechnęła. Wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi.
-Pójdę otworzyć. – rzekłam i wstałam, gdyż siedziałam
przy stole.
-Ja pójdę. Ty idź się ubrać. – no tak, zapomniałam, że
jestem jeszcze w pidżamie. Ja na górę, a Monika do drzwi. Założyłam zwiewną,
niebieską tunikę i jeansy. Jeszcze oczywiście delikatny makijaż. Kiedy
wróciłam, w salonie siedział Danny. Sam? A gdzie Monika? Podeszłam po cichutku
i zasłoniłam mu oczy rękami, mówiąc:
-Zgadnij kto.
-Nie muszę. Cześć. – zdjął moje ręce z oczu i spojrzał
na mnie, uśmiechając się.
-Hej, co tak sam siedzisz? - obeszłam kanapę dookoła i
usiadłam obok niego.
-Czekam na Ciebie.
-Coś się stało?
-Nie, chciałem Ci podziękować.
-Za co?
-Za to, że zgodziłaś się tańczyć na moim koncercie. –
uśmiechnął się.
-Już mi dziękowałeś. Jak się zgodziłam, nie pamiętasz?
-Pamiętam, ale odwaliłaś kawał dobrej roboty. Jest za
co dziękować. Więc dziękuję. – pocałował mnie w policzek, a ja czułam, jak się
czerwienię.
-Nie ma sprawy. I tak wydaje mi się, że fale mi nie
wyszły.
-Wyszły! Właśnie w tym byłaś lepsza ode mnie. – zaśmiałam
się.
-Nie przesadzajmy. Od Ciebie nikt nie jest lepszy.
-No ja znam jedną taką osobę.
-Hmmm… A ja nie. – zaczęliśmy się śmiać.
-Dobra, zabieram Cię na… wczesny obiad. – mówić mu, że
jeszcze śniadania nie jadłam?
-Ale…
-Nie ma żadnego ale! Idziemy. – pociągnął mnie za rękę
i wyszliśmy, uprzednio mówiąc Monice, że wychodzimy. Pojechaliśmy do miłej
knajpki. Kiedy kelner podał nam karty Menu, od razu w oczy rzuciła mi się
piękna nazwa. Zupa z owoców dzikiej róży. Fajnie brzmi, nie? A jak smakuje!
Jedliśmy, rozmawiając i śmiejąc się. Po skończonym posiłku, zapłaciliśmy
rachunek (uparłam się, że płacimy na pół) i wyszliśmy. Okazało się, że nie mogę
jeszcze wracać do domu, ponieważ Pan Daniel Saucedo postanowił spędzić ze mną
jeszcze trochę czasu na łonie natury. Pojechaliśmy na łąkę. Kawałek musieliśmy
przejść. Wszędzie samochód nie wjedzie. Dan padł na trawę i poklepał miejsce
koło siebie, patrząc na mnie. Położyłam się i spojrzałam w niebo. Dan przez
chwilę patrzył w tę samą stronę, a po chwili przekręcił się na bok i patrzył na
mnie. Przysunął się bliżej i zaczął się bawić moimi włosami. Zamknęłam oczy i
cieszyłam się chwilą. Na twarz wpełzł mi
delikatny uśmiech.
-Masz śliczny uśmiech. – rzekł Dan po chwili. –Ty
jesteś śliczna… - powiedział ciszej. Spojrzałam
na niego lekko zdziwiona. Też się uśmiechnął, ale nic nie powiedział, tylko
dalej bawił się moimi włosami, kręcąc z nich loczki.
-Z Ciebie też niezłe ciacho. – powiedziałam,
odwracając głowę w stronę słońca i zamykając oczy. Chłopak się zaśmiał. Kiedy
usłyszałam szelest trawy, otworzyłam oczy. Danny zbliżał swoją twarz do mojej.
Coraz bardziej, bliżej… W końcu zaczął mnie całować. Pocałunek na łące, w
piękny, słoneczny dzień, z ukochanym mężczyzną… Bosko. Po chwili przewrócił
mnie na plecy, gdyż leżałam bokiem do niego i dalej całował, napierając swoimi
ustami na moje wargi. Nagle usłyszeliśmy krzyki dzieciaków. Niechętnie, ale
oderwaliśmy się od siebie. Danny dodatkowo odsunął się ode mnie. Wtedy
zauważył, że dzieciaki majstrują coś przy samochodzie Dana.
-Ej! – krzyknął i podbiegł do nich, żeby ich
przegonić. Zabawnie wyglądał, więc zaczęłam się cicho śmiać. No i nie zdążył.
Byli szybsi i przedziurawili oponę. Oj, wściekł się.
-Cholera jasna! – wstałam i podeszłam do niego. Może
pomogę…
-Pomóc?
-Nie, zaraz zadzwonię po pomoc. – wyjął telefon, a po
chwili… -Cholera!
-Co się stało? Padł?
-Nie, nie ma zasięgu. – ups…
-Co teraz?
-Muszę wymienić koło. – no to sobie tu posiedzimy…
Zabrał się za zdejmowanie koła, co szło mu bardzo opornie. –No złaź, cholero!
-Może jednak pomogę?
-Nie, to robota dla faceta.
-Przestań, w swoim autku wymieniam, to Tobie też
pomogę. – kucnęłam i chwyciłam za koło. Iii… zeszło. Nie ma to jak kobieca
ręka. A podobno jesteśmy słaba płeć.
-Wow, dobra jesteś! – zaśmiałam się. Danny, brudną
ręką od smaru, przejechał po czole. Tylko zewnętrzną stroną, więc zrobił sobie
tylko niezbyt grubą kreskę. Znów się zaśmiałam, a on zapytał: -Z czego się
śmiejesz?
-Ubrudziłeś się. – powiedziałam, śmiejąc się. Daniel
chyba chciał się wytrzeć, tylko tą samą ręką, którą się ubrudził, przez co
kreska się powiększyła. Zaczęłam się jeszcze bardziej śmiać i to był mój błąd.
Zostałam ubrudzona smarem. Tylko na policzku. Teraz on się śmiał. Wzięłam
trochę smaru na palec i umorusałam mu nosek. Sądząc po jego minie, szykowała
się zemsta. I to ostra… Ubrudził całą rękę w smarze i z tą brudną łapą do mnie.
O nie! Wstałam i zaczęłam uciekać. A on za mną. Nasze krzyki i śmiechy,
zagłuszały odgłosy natury. Śpiewy ptaków… Wszystkie pouciekały! Niestety, w
końcu mnie dogonił i obalił na ziemię. I moja piękna, czysta tunika nie była
już ani piękna, ani tym bardziej czysta. Ta zniewaga krwi wymaga!
-Złaź ze mnie!
-Bo co mi zrobisz? – zapytał, zadziornie się
uśmiechając. Hmmm, zastanówmy się…
-Nie chcesz wiedzieć. – powiedziałam groźnie. Chłopak
się zaśmiał i zszedł ze mnie. Ej, to nie miało być śmieszne! Pomógł mi wstać i
rzekł:
-Chodź, trzeba skończyć to koło.
-Będziesz mi prał bluzkę. – powiedziałam, idąc za nim.
-Najpierw musisz ją zdjąć. – puścił mi oczko.
-Przebiorę się w domu i Ci przywiozę. – wystawiłam mu
język. Dalej zmiana koła, a raczej zakładanie nowego poszło… trochę lepiej. Już
nie pomagałam Danielowi, tylko patrzyłam jak sobie radzi. Siedziałam i się
przyglądałam, a w pewnym momencie się położyłam. Skoro bluzka już i tak jest do
wyrzucenia, bo raczej te plamy się nie spiorą, to już dobrudzę ją do końca. A
co! Zamknęłam oczy i czekałam aż skończy. Problem w tym, że kiedy on tak sobie
grzebał, zasnęłam…
Obudziły mnie promienie słoneczne. Otworzyłam oczy.
Myślałam, że Danny jeszcze się męczy z kołem, a on sobie spokojnie leżał koło
mnie i patrzył na mnie, uśmiechając się. Trochę mnie wryło.
-Długo spałam?
-Około godziny. – nadal nie odrywał ode mnie wzroku.
-Skończyłeś wymianę?
-Tak.
-Dawno?
-Nie. – fajna rozmowa.
-A może byś coś powiedział? – zaśmiał się. Co w tym
było śmiesznego? Ech, z facetami nie trafisz…
-Chodź, robi się ciemno. – pomógł mi wstać.
-Ciemno? Słońce jeszcze świeci.
-Ale zachodzi. – wskazał ręką niebo. Rzeczywiście.
Słońce właśnie chowało się za odległymi, Szwedzkimi górami. Otworzył drzwi od
strony pasażera. Wsiadłam, a on po drugiej stronie. –Pojedziemy do mnie. Muszę
się umyć. Ty zresztą też. – spojrzał na
mnie i się zaśmiał.
-Nie musiałabym, gdybyś mnie całej nie umorusał! –
powiedziałam z wyrzutem, a on dalej się śmiał.
-Nie całej. Tylko bluzkę i trochę twarzy.
-Ale za to bluzka już do wyrzucenia.
-Odkupię Ci. – uśmiechnął się.
-Nie trzeba. – niepotrzebnie o tym mówiłam. Nie chcę,
żeby mi coś kupował. Przez resztę drogi żadne z nas się nie odzywało. Kiedy
weszliśmy do środka, Dan rzekł:
-Usiądź i poczekaj na mnie, ja zaraz przyjdę.
-Postoję.
-Czemu?
-A chcesz mieć na kanapie smar?
-A… ok. – poszedł, a ja czekałam. Po piętnastu
minutach wrócił półnagi. To znaczy miał ręcznik na biodrach, mokre włosy, po
klacie spływała woda, a w ręce trzymał koszulę. Zgon… Podszedł do mnie i
wyciągnął rękę z koszulą, mówiąc: -Trzymaj. Przebierz się w to.
-Yyyy… To chyba nie jest dobry pomysł. Muszę już iść.
– ja do drzwi, a on rękę na nie, przez co zagrodził mi drogę. Jego ręka była
nad moją głową. Spojrzał mi w oczy i zabójczo się uśmiechnął. Zdechłam…
-Co jest?
-Nic. – starałam się na niego nie patrzeć, żeby
całkiem nie odpłynąć.
-Przecież widzę. Nagle jakbyś się mnie przestraszyła.
-Nie no, co Ty. – próbowałam się uśmiechnąć, ale nie
wiem czy mi wyszło. Wzięłam tę koszulę i zapytałam: -Gdzie jest łazienka?
-Drugie drzwi na lewo. – wręcz tam pobiegłam,
zamykając za sobą drzwi, po czym oparłam się o nie plecami. Kilka głębokich
wdechów i do dzieła. Mam nadzieję, że Dan nie wejdzie, jak będę bez koszulki…
Przemyłam jeszcze twarz i wróciłam do salonu z brudną tuniką w ręce. Daniel już
był ubrany, ale włosy… Każdy w inną stronę. Uroczo wyglądał. Teraz on poszedł
do łazienki. Sprawdzałam czas, jaki będzie tam siedział. Cztery minuty. Szybki
jest. Dan odwiózł mnie do domu.
-Co tak ciemno? – zapytałam właściwie sama siebie, gdy
podchodziliśmy do drzwi.
-Monika pewnie poszła gdzieś z Erikiem.
-Pewnie tak. – otworzyłam drzwi, zapaliłam światło i…
-Niespodzianka! – dom wcale nie był pusty. Był pełen!
Monika trzymająca tort, Erik, Matte z Cattis, Gośka z Danielem. I oczywiście
Dan, który na pewno o wszystkim wiedział! Byli wszyscy! Nawet Anja. Potem było
„sto lat” i składanie życzeń. Monika i Matte życzyli mi, żebym zmądrzała i
powiedziała Danny’emu, że go kocham. Reszta standardowo. Szczęścia… itd.
Ostatni był Dan.
- Wiedziałeś o tym ? -
zapytałam, zanim cokolwiek powiedział.
- A jak powiem że tak, to obrazisz się ?
- Tak. - założyłam ręce.
- To nie wiedziałem. - uśmiechnął się, a mi opadły ręce. Przeszedł do życzeń: - Mało zmartwień i agresji, żadnych stresów i depresji. Dużo śmiechu i radości, wiele szczęścia i miłości. – nachylił się nade mną i dokończył prawie szepcąc: -I żebyś zawsze była taka jaka jesteś, bo to się jednemu kolesiowi podoba.
- A jak powiem że tak, to obrazisz się ?
- Tak. - założyłam ręce.
- To nie wiedziałem. - uśmiechnął się, a mi opadły ręce. Przeszedł do życzeń: - Mało zmartwień i agresji, żadnych stresów i depresji. Dużo śmiechu i radości, wiele szczęścia i miłości. – nachylił się nade mną i dokończył prawie szepcąc: -I żebyś zawsze była taka jaka jesteś, bo to się jednemu kolesiowi podoba.
-Tak? Komu? – spytałam
podejrzliwie. On nic nie powiedział, tylko się uśmiechnął i odszedł do Moniki i
reszty towarzystwa. Męska część otworzyła szampana i usiedliśmy. Nagle Danny
zapytał:
-Powiedziałabyś w ogóle,
że masz urodziny?
-Sama zapomniałam. –
rzekłam, upijając łyk szampana.
-Tak właśnie myślałam. –
odezwała się Monika.
-Skąd wiedziałaś? –
zapytam.
-Bo rano nic nie mówiłaś.
-A myślisz, że gdybym nie
zapomniała, to coś bym mówiła?
-Nie.
-No właśnie. – zaśmiałam
się. Dan dolał mi szampana. –Chcesz mnie upić?
-Tak. I wykorzystać. Drogę
do Twojego pokoju znam. – zbereźny uśmieszek.
-No nie, najpierw kazałeś
mi zdjąć bluzkę…
-Co?! – krzyknęli
wszyscy, przez co o mało się nie
zakrztusiłam. Zaczęliśmy się z Danielem śmiać.
-To nasza słodka
tajemnica. – rzekł i objął mnie ramieniem.
-Zaczynam rozumieć, czemu
Kasia ma na sobie koszulę Dana. – odezwał się Erik, przez co został spiorunowany
czteroma parami oczu. Normalnie aż się chyba przestraszył, bo zamilkł.
-Dlaczego jeszcze nikt nie
włączył muzyki? – zapytałam w końcu, wstałam i podeszłam do wieży. Włączyłam
radio, po czym wróciłam na miejsce.
Chwilę siedzieliśmy. W końcu Dan wstał i poprosił mnie do tańca. Akurat leciała wolna.
-Zatańczymy? – zapytał,
wystawiając do mnie rękę. Nie odpowiedziałam, tylko podałam mu dłoń z
uśmiechem. Założyłam mu ręce na szyi, a on objął mnie w pasie i bujaliśmy się w
rytm piosenki. Było cudnie. Mogłabym tak cały dzień. Chociaż jest wieczór, więc
całą noc. Po skończonej piosence wróciliśmy na kanapę. Wypiłam jeszcze
kieliszek szampana. Oho, niedobrze… Lekko kręciło mi się w głowie. Położyłam
więc głowę na ramieniu Daniela i chyba odpływałam…
-Chodź, zaprowadzę Cię do
pokoju. – rzekł Danny i wstał.
-Nie, bo mnie
wykorzystasz. – założyłam ręce jak mała obrażona dziewczynka. Wszyscy się
zaśmiali, a blondyn chyba nie bardzo wiedział, co powiedzieć. To tylko zabrał
się za podnoszenie mnie.
-Chodź.
-Zostaw. Nie jest ze mną
tak źle. Sama pójdę. – wstałam i lekko chwiejnym krokiem szłam w stronę
schodów. No i się potknęłam. W ostatniej chwili Dan mnie złapał. Razem
poszliśmy do mojego pokoju. Pomógł mi się położyć, a kiedy chciał wychodzić,
odezwałam się.
-Daniel…
-Tak? – nie wiem, co mi
odbiło, ale przesunęłam się i poklepałam wolną połowę łóżka. Zdziwił się, ale
podszedł i niepewnie położył się koło mnie. Alkohol chyba źle na mnie działa,
bo jeszcze położyłam mu głowę na klacie, a on mnie objął.
-Dziękuję… - szepnęłam.
-Za co?
-Bez Ciebie ta
niespodzianka by nie wyszła.
-Nie ma sprawy. Śpij. –
zamknęłam oczy, bo faktycznie byłam śpiąca i zmęczona. Kiedy już prawie spałam,
Danny westchnął, po czym cichutko powiedział: -Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię
kocham. – poczułam mocniejszy uścisk, a na twarz wdarł mi się delikatny
uśmiech. Zasnęłam…
Oczami
Dana
Zaprowadziłem Kasię do jej pokoju. Kiedy chciałem już
wychodzić, rzekła:
-Daniel… - odwróciłem się.
-Tak? – dała mi do zrozumienia, żebym położył się koło
niej. Niepewnie, ale to zrobiłem. Kolejny jej ruch i kolejne zaskoczenie.
Położyła mi głowę na klatce, co było jak miód ha moje serce. Objąłem ją.
-Dziękuję… - powiedziała to tak cicho, że prawie nie
usłyszałem.
-Za co?
-Bez Ciebie ta niespodzianka by nie wyszła. –
uśmiechnąłem się do siebie.
-Nie ma sprawy. Śpij. – kiedy jej oddech stał się
spokojny i miarowy i byłem pewny że śpi i że mnie nie usłyszy, powiedziałem
cicho: -Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham. – kiedyś powiem to głośno…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz